Essen 2014 cz. 1

Pierwszy dzień targów za mną. Mnóstwo gier, jeszcze więcej ludzi, ale nawet udało się w coś zagrać albo o jakiejś grze przynajmniej posłuchać.

 

Pandemic: the Cure - moja Ci ona ta gra

Pandemic: the Cure – moja Ci ona ta gra

Na pierwszy ogień poszedł Pandemic: The Cure gra na którą byłem w zasadzie zdecydowany od początku. Mimo to gdy nadarzyła się okazja do spróbowania przed zakupem nie wahałem się ani chwili. Do mnie i Agnieszki dołączyła jeszcze dwójka śmiałków i razem spróbowaliśmy uratować świat przed wirusami. Fabuła jest taka sama, tyle że opowiedziana za pomocą kostek K6 – każdy z graczy pełni jakąś rolę i próbuje leczyć choroby. Dookoła rozłożone jest 6 małych planszy oznaczonych od 1 do 6. W czasie tury każdego gracza, wyciągniemy z woreczka kostki (tyle  ile wskazuje nam aktualny “Infection Rate” oznaczany w efektowny sposób na kółku za pomocą wtykanego pina), a następnie nimi turlamy. Ile wypadnie na kości, na takim miejscu ją położymy. Kości są w 4 kolorach – odpowiadającymi wirusom znanym z planszowej wersji Pandemica. Gracze mają własne kostki, a dokładnie rola, którą pełnimy ma własne kostki. Każda ma inny rozkład na ściankach np. medyk będzie miał więcej symboli strzykawki służących do leczenia. Następnie za pomocą tych kości wykonujemy akcje: możemy się poruszać, leczyć, wynajdywać szczepionki. Najważniejsze co robimy to usuwanie kostek z planszy i przełożenie ich do centrum medycznego – środek stołu. Z tego centrum kosteczki możemy przenieść z powrotem do woreczka (jeżeli skończą się kostki w woreczku to przegramy), albo pobrać je jako próbkę wirusa. Taka próbka niestety blokuje nam kostkę akcji i dopóki jej nie przekażemy lub nie spróbujemy wynaleźć szczepionki będziemy w swojej turze mieli do dyspozycji mniej akcji. Zebrane próbki możemy na koniec swojej tury “przerzucić” i jeżeli suma oczek wynosi 13 lub więcej – wynajdujemy szczepionkę. Oczywiście im więcej próbek zbierzemy tym większe szanse, że uda nam się wynaleźć szczepionkę. Na każdej kostce jest też symbol biohazardu, który za każdym razem powoduje podniesienie “Infection Rate”, co czasem spowoduje epidemię (odpowiednik wyciągnięcia karty epidemii) – wówczas wszystkie kostki z centrum medycznego plus dodatkowe z woreczka, po przeturlaniu wracają na plansze. Nie muszę chyba pisać jak bardzo to potrafi napsuć graczom krwi.

Grając w wersję kościaną odczuwamy dokładnie te same emocje co w planszowym Pandemiu, a jednocześnie jest inaczej przez wykorzystanie kostek jako głównej osi mechaniki. Podobnie jak w planszowej wersji szło nam początkowo bardzo dobrze, aż łańcuch 4 outbreaków spowodował że przegraliśmy. Bawiliśmy się znakomicie, a z portfela dość szybko wywędrowało 35€ na zakup tej gry.

WP_20141016_032

Drugą pozycję, którą sprawdziliśmy był… PacMan. Planszowa wersja znanego klasyka i legendy wśród gier komputerowych, okazał się prosty roll & move. Jeden z graczy kontroluje duchy, a drugi tę uwielbianą żółtą kuleczkę. Poruszając się po planszy, wystające białe punkciki (kulki) chowają się pod planszę, co jest oczywiście celem “dobrego” gracza – zjedzenie wszystkich kulek. Ten “zły” sterujący duchami musi pozbawić Pacmana 3 żyć. Turlami kostkami, ruszamy się itd. Nie ma tu wielkiej filozofii, podobnie jak w wersji komputerowej. Ciekawie było usiąść i zagrać, ale to nie jest tytuł na więcej niż raz. Szczególnie że cena jest powalająca – 150€ za wersję mini.

Rustan tłumaczy Nations

Zainteresowani kościanym Pandemiciem postanowiliśmy posłuchać zasad do kościanego Nations. Reguły tłumaczył sam projektant gry – Rustan Håkansson i czuć było od niego entuzjazm autora. Naprawdę trudno byłoby się oprzeć po sięgnięcie do portfela gdyby nie to, że przed nami ktoś kupił ostatni egzemplarz. Podobno juto mają być dowiezione nowe egzemplarze, ale chyba jednak spasuję. Mam kościanego Pandemica, na horyzoncie Roll for the Galaxy i chyba w kolekcji mam już wystarczająco dużo kościanek (np. Dice Brewing). Sama gra wygląda interesująco. Każdy gracz zaczyna z pewnymi budynkami na swojej planszy, które dają mu białe kosteczki. Każdej z nich znajdziemy po symbole: miecza, surowca, jedzenia, pieniądza (x2) i …. szczerze powiedziawszy to nie wiem co tam jeszcze jest. Na małej planszy obok mamy wystawione trzy rzędy kafelków reprezentujących budynki, które możemy kupić odpowiednio za 1, 2 lub 3 pieniążki (lub inne symbole wskazane na kafelku). W swojej turze możemy zrobić jedną rzecz – kupić kafelek, zbudować cud, przerzucić kości (jeżeli mamy odpowiedni żeton). Budynki mogą dawać nam punkty zwycięstwa, inne kostki (np. czerwone które mają na ściankach więcej mieczy itp.), lub jednorazowe żetony. Jeżeli budujemy budynek, musimy zastąpić jakiś na naszej planszy gracza, czyli tym samym tracimy jego właściwości (np. białą kostkę). Całe szczęście pozyskane kostki / żetony możemy użyć od razu w tej samej turze. Gra trwa tylko 4 tury – na 3 lub 4 osoby ma zająć nie więcej niż 30 minut. Jeszcze się zastanowię ale tytuł wygląda naprawdę zacnie.

Ostatnią grą o jakiej chciałem dzisiaj napisać to Deus. Tutaj posłuchałem tylko krótkiego wyjaśnienia, ale miałem już ją wcześniej na oku. Ktoś ją nazwał San Juan z planszą, a że od San Juan do mojego ukochanego Race for the Galaxy nie jest daleko, to musiałem ten tytuł sprawdzić. Gra toczy się na dwóch płaszczyznach – po pierwsze, pozyskujemy karty dzięki którym rozmieszczamy nasze budynki na planszy. Na planszy budujemy budynki, które m.in. będą dawać nam punkty zwycięstwa. Same karty podzielone są na kilka kategorii i wystawiając jakąś kartę odpalamy nie tylko właściwość właśnie na niej, ale także na wszystkich innych w tej samej kategorii. Jeżeli karty, które mamy na ręce nam nie pasują, zawsze możemy je złożyć w ofierze dla jednego z 6 bogów, co oczywiście pozwoli nam skorzystać jego łask, a także dociągnąć nowe karty. Dzięki temu szczęście w dociągu nie powinno odgrywać zbyt dużej roli w drodze do zwycięstwa. Opis mechaniki plus przepiękne wykonanie i kolejne eurasy wywędrowały z portfela.

Zakupiliśmy jeszcze dodatek do Concordii: Brytania i Germania oraz kinetyczny piasek dla naszych dzieci – trudno to opisać słowami, trzeba to zobaczyć i przede wszystkim poczuć.

Paru rzeczy jednak mogę dzisiaj żałować:

  • tłok przy Alchemists od CGE był tak duży że nie dałem rady zagrać ani posłuchać tłumaczenia reguł – postaram się to nadrobić jutro
  • miałem w rękach Cavernę za 43€ (nową) której nie kupiłem i jak wróciłem tam po 2h nie było już żadnej z trzech kopii.

Mam nadzieję, że jutro również uda mi się coś napisać (a najpóźniej w sobotę). Obserwujcie nasz profil na facebooku, tam staram się wrzucać trochę zdjęć co jakiś czas.

A na dobry koniec mała galeria zdjęć z dzisiejszego dnia

0 Udostępnień