Alchemists

Essen cz. 3 – jeszcze trochę gier

Kolejny dzień za mną i niestety też ostatni. Jutro wracamy do Polski. Ale nic straconego bo już umówiliśmy się na poniedziałek na ogrywanie „spielowych” tytułów 😉

Dzień rozpoczęliśmy od wysłuchania zasad do Alchemists – chyba najgorętszej gry tegorocznych targów. Wszystkie stoliki niestety były zajęte dość szybko więc stanęliśmy przed wielką magnetyczną planszą (możecie ją zobaczyć w głównym zdjęciu tego wpisu) i razem z Agnieszką wysłuchaliśmy co musimy w grze robić. Główną osią gry jest kilka magicznych składników takich jak żaba, kurza stopa, czy inne zielska. Zadaniem graczy jest wydedukowanie jaką cząsteczką alchemiczną jest dany składnik. Każda taka cząsteczka składa się z części zielonej, niebieskiej lub czerwonej. Dodatkowo każda z nich może być oznaczona plusem lub minusem oraz być duża lub mała. Żeby dojść do tego z czego składają się poszczególne składniki, musimy je ze sobą pomieszać np. żabę i kurzą stopę. Aplikacja na telefonie powie nam o jednej z cząsteczek wspólnej dla tych dwóch składników – np. zielonym plusie. Taką informację potajemnie sobie zapiszemy i już wiemy, że ani żaba ani kurza stopa nie będą miały w sobie zielonego minusa – udało nam się wyeliminować część opcji. Tak gramy aż odgadniemy wszystkie składniki. W międzyczasie będziemy mogli publikować nasze domysły w księgach, wypróbowywać eliksiry na naszych studentach (a czasami też na sobie) albo sprzedawać je podróżującym bohaterom (pewnie się zbroją w drodze do Dungeon Lordsów). Brzmi ciekawie, ale zgodnie stwierdziliśmy, że to jest gra do zagrania raz na jakiś czas i nie musimy jej mieć w kolekcji. Może zmienimy zdanie jak w poniedziałek uda nam się w nią zagrać.

 

Po wypitej kawie, zawędrowaliśmy na stoisko iEllo, gdzie postanowiliśmy spróbować nowego King of New York. Oczywiście wszystkie stoliki zajęte więc usiedliśmy do gry z serii „bajkowych” – Tales and Games: The Hare & the Tortoise. Tytuł mówi sam za siebie – gracze niczym w Pędzących Żółwiach będą sterować leśnymi zwierzętami próbując aby ich faworyci (wybrani potajemnie na początku gry) dotarli na metę pierwsi. W zależności ile kart danego stworzenia będzie na stole, może ono poruszać się szybciej, wolniej a czasami wcale. Sporo decyzji, ale sporo też szczęścia. Na pewno przyjemniej grałoby się w więcej niż dwie osoby, ale chętnych nie było za wiele bo wszyscy czekali na Potwory w Nowym Yorku 😉

Postaliśmy więc nad głowami innych graczy, ciężko dysząc i poganiając ich do szybszego grania – oczywiście po polsku żeby nie wiedzieli o czym mówimy. W końcu usiedliśmy – nasz główny cel – sprawdzić czy posiadając King of Tokyo warto kupować KoNY. Ogólna mechanika nie zmieniła się bardzo – dalej rzucamy kośćmi, bijemy się i zdobywamy punkty. Ale możliwości nam przybyło. Przede wszystkim na planszy jest teraz więcej dzielnic, a w każdej z nich znajdują się budynki. Możemy je niszczyć za m.in punkty zwycięstwa, ale tym samym będziemy sobie ściągać na głowę wojsko. Jeżeli jednostek wojskowych nie pozbędziemy się na czas, może okazać się że ostrzelają nas i pomimo tego, że nie będziemy w centrum zainteresowania czyli na Manhattanie – zginiemy. Zniknęły też ścianki 1, 2 i 3 zastąpione jednym symbolem gwiazdki. Jeżeli wyrzucimy trzy takie symbole zostajemy SuperGwiazdą i od teraz każda wyrzucona gwiazda da nam 1 punkt. Gra nam podobała się o wiele bardziej niż King of Tokyo. Ja ten tytuł bardzo lubię, Aga tylko trochę, ale po odejściu od stołu od razu zaproponowała że grę kupimy. Może na jej decyzję miało wpływ to że wygrała i tym samym zdobyła dodatkową figurkę do gry „Space Pinguin”.

To kto chce kupić King of Tokyo z dodatkiem Power Up i lepszymi kośćmi?

Ostatnim tytułem, którego spróbowaliśmy jest Five Tribes. Jeżeli miałbym krótko opisać tę grę powiedziałbym, że to przyjemne, lekko-mózgożerne, suche euro. Wszystko w tej grze działa bardzo sprawnie. Głównym pomysłem tej gry jest przemieszczanie drewnianych meepli a’la Mancala. Podnosimy np. trzy kolorowe meeple i poruszamy się po planszy, zostawiając po jednym na kolejnych polach. Na trzecim, czyli ostatnim polu, w zależności od tego jakiego koloru ludzika tam położymy, użyjemy innej akcji:

  • niebieskie dadzą nam punkty zwycięstwa za otaczające go niebieskie pola,
  • żółte i białe dadzą po prostu punkty zwycięstwa, ale ten drugi rodzaj służy też jako waluta do przekupywania magicznych dżinnów,
  • zielone pozwolą nam zdobyć karty, które uwaga…. warte są punkty zwycięstwa,
  • a czerwone – tutaj trochę ameritrashu – pozwolą nam zabić jakieś meeple na planszy lub u jednego z graczy.

Grało się przyjemnie, ale znowu – gra nie chwyciła nas na tyle żeby ją kupić, ale z chęcią jeszcze do niej przysiądziemy. Może nawet dzisiaj będzie taka okazja.

Zapraszam Was do zajrzenia do albumu ze zdjęciami z Essen na facebooku.

  • Monok

    ja kupiłem właśnie takie rozpakowane world of tanks wraz z dodatkiem za bardzo śmieszne pieniądze, ktoś kupił dla kodów i nawet karty nie były odpakowane. Podstawka jest po prostu popsuta … ale !! dodatek naprawia tę grę i robi z niej fajny lekki tytuł, na dwie/ trzy osoby działa bardzo dobrze i nawet można zapanować nad losowością w więcej już mamy grę o wesołym chaosie …

  • Michał Margiel

    Panowie,

    zagadkę Hengista rozwiązał sam Uwe w wywiadzie dla Dice Tower podczas Targów Essen .

    W swojej rozbrajająco szczerej wypowiedzi powiedział, że grę stworzył w ~2000 roku i została wydana tylko po to aby… wypchać pudełko 🙂 Może umowa z jego wydawjcą zobowiązuje go do wydawania przynajmniej jednej gry rocznie. Uwe nie miał nic skończonego więc wyciągnął starą kupę które leżała mu od 15 lat w szufladzie.

    Zastanawiam się czy po tym wywiadzie trafił na dywanik prezesa Lookout games 🙂

    link tutaj -> https://www.youtube.com/watch?v=vswmuhwNmuc#t=11m25s