Tydzień po Essen ’14

Tegoroczne targi Spiel były dla mnie zupełnie inne. To była moja czwarta wizyta w Essen, ale do tej pory zawsze jechałem jako pomoc dla wydawnictwa Gry Leonardo, które wydało Magnum Sal. W tym roku byłem tam prywatnie i szczerze powiedziawszy, nie wiem czy będę chciał jechać jako „pomoc” jeżeli będę mógł pojechać prywatnie. Oczywiście taki wyjazd jest dość wymagający dla portfela i wcale nie chodzi o koszt zakupionych gier. Podróż, zakwaterowanie, jedzenie – to wszystko składa się na całkiem pokaźną sumkę. A w moim przypadku był to koszt x2. Najlepsza z żon, stwierdziła, że chciałaby zwiedzić targi razem ze mną… nienie, wcale nie miała podejrzeń, że urządzamy sobie hulaszcze imprezy wieczorami. Po prostu stwierdziła, że chciałaby zobaczyć Spiel, a przy okazji spędzić trochę czasu razem. Plany zaczęły się krystalizować na wiosnę. Dostaliśmy olbrzymie wsparcie moich rodziców, którzy na cały tydzień przygarnęli naszą dwójkę dzieci. Pierwszy raz od ponad 5 lat byliśmy tak długo sami, a tydzień „wolności” zakończyliśmy właśnie w Essen. Wyjazd bardzo nam się udał i to jeszcze jak.

Może czytaliście moją relację z pakowania z zeszłego roku? Przed tym wyjazdem nie tylko wszystko było gotowe dużo wcześniej, to wieczorem mogliśmy jeszcze obejrzeć dwa odcinki ukochanego Big Bang Theory (oczywiście jesteśmy świadomi tego, że to dlatego że nie musieliśmy usypiać i karmić dzieci). Jeżeli miałbym krótko podsumować ten wyjazd to napisałbym: spokój i wyluzowanie. W Niemczech zakwaterowani byliśmy w Oberhausen, w miłym mieszkanku gdzie mieliśmy wszystko co potrzeba, a przede wszystkim byliśmy blisko, bo niecałe 15 minut jazdy, od centrum konferencyjnego Messe Essen.

Granie Nie będąc w tym roku „uwiązanym” do stoiska mogłem spokojnie przechadzać się po wszystkich salach, pokazywać Adze różne wydawnictwa. Na początku trudno mi było przestawić się z trybu „szybko, szybko, trzeba ‚zaliczyć’ wszystkie stoiska”, ale w końcu udało mi się trochę uspokoić i chłonąć atmosferę targów. Kluczem do sukcesu był brak wygórowanych oczekiwań. Miałem na liście tylko kilka gier, które chciałem sprawdzić i plan udało się zrealizować w 100%.  Chcieliśmy usiąść do King of New York (to był pomysł Agi, tak więc to że grę kupiliśmy po tej partii to jej wina) i nie było stolików? To nic. Poczekaliśmy 20 minut, w międzyczasie rozmawiając z aktualnie grającymi osobami. Bez niepotrzebnego zerkania na zegarek i spinania się, że należy ograć jeszcze n tytułów z naszej listy, a czekając biernie przy stoliku tracimy niepotrzebnie czas. Podobnie było z innymi grami, w które chcieliśmy zagrać. Chyba najszybciej udało nam się zasiąść do Pandemic: The Cure. Za chwilę jednak udostępniliśmy miejsce innym, bo razem z inną parą dość szybko przegraliśmy tę partię! Najbardziej blado wypadła chyba rozgrywka w Five Tribes. To dobra gra, ale wydaje mi się, że jest zbyt mózgożerna jak na realia targowe. Chyba lepiej usiąść do czegoś lżejszego, trochę wrednego i z obcymi ludźmi powbijać sobie noże w plecy. Na targach byliśmy tylko dwa dni, a dodatkowo wychodziliśmy w okolicy godziny 16 -17. Mimo to  zobaczyliśmy wystarczająco dużo i byliśmy syci, a dzięki wcześniejszym wyjściom nie byliśmy przesadnie zmęczeni. Oczywiście więksi fanatycy niż my, pewnie czuliby niedosyt wracając tylko z trzema grami z targów i wychodząc zanim ktoś nie zwróci uwagi, że za chwilę zgasną światła. Nam wystarczyło to co zdążyliśmy zobaczyć / zagrać / kupić.

Rozmowy Bardziej od gier w pamięci pozostaną mi ludzie i rozmowy. Gdzie indziej mógłbym porozmawiać z Michielem Hendriksem – autorem Dziedzictwa i podpytać go o zbliżający się dodatek? (*) Nawet same partie, które rozegraliśmy na targach nie zapadłyby nam tak w pamięć, gdyby nie osoby, z którymi graliśmy – obcy ludzie, dzielący z nami pasję do grania, z którymi można się pośmiać i razem pograć. Bardzo lubię też odwiedzać polskie wydawnictwa i uciąć pogawędkę w rodzimym języku. Czasami było to utrudnione jak np. na stoisku Board & Dice – Filip i Irek byli non stop zajęci i trudno było się przywitać, ale po prostu musiałem ich odciągnąć na chwilę od stoiska i uścisnąć grabę. Osobiście dla mnie, jest to z pewnością jeden z najjaśniejszych punktów w czasie targów. Serce rośnie patrząc jak pozytywnie odbierani są nasi designerzy i nasze wydawnictwa. Innym wydarzeniem, które też na pewno będę długo wspominał, było spotkanie fanów podcastu The Dice Tower w jednym z okolicznych pubów. Oczywiście „gwiazdami” wieczoru byli prowadzący Tom Vasel, Eric Summerer i Zee Garcia. Cieszę się, że mogłem ich poznać osobiście i chwilę pogawędzić, nie tylko o grach (w jakiś sposób, w pewnym momencie rozmowa zeszła na temat  systemu opieki zdrowotnej w USA). Miałem nawet szansę posłuchać na żywo przeróżnych głosów, które potrafi z siebie wydobyć Eric – płakałem ze śmiechu. Również pozostali fani podcastu byli świetnymi kompanami do rozmów i piwa (w moim przypadku bezalkoholowego, bo prowadziłem samochód, co było mi wypominane w żartach przez cały wieczór). To wszystko przypomniało mi, że w tym hobby najbardziej cenię sobie ludzi. Gry są tylko tłem.

Blogowanie Tak jak pisałem wcześniej, w tym roku na mojej szyi zawisła wejściówka prasowa, zamiast wejściówki wystawcy. Oczywistym dla mnie było, że po targach zrobię relację, opiszę gry, pokażę zdjęcia, ale nie planowałem relacji „na żywo”. Ku mojemu zaskoczeniu w galerii dostępny był otwarty hot-spot o nazwie „Marcin” (nie wiem kim byłeś dobry człowieku, ale dziękuję!), dzięki któremu mogłem w miarę na bieżąco przesyłać zdjęcia na profil ZnadPlanszy na facebooku. Dzięki wcześniejszym wyjściom, mogłem też na gorąco spisywać wrażenia z poznanych gier i dzielić się nimi na blogu. Co najważniejsze, nie było to dla mnie przykrym obowiązkiem, a czystą przyjemnością, a to w dużej mierze dzięki Waszym komentarzom i pozytywnemu odzewowi. Nie chciałem żeby robienie zdjęć, ich przesyłanie i blogowanie, przesłoniły mi same targi i zamiast wykorzystywać możliwości do dobrej zabawy, skupiać się na „lajkach” i postach. Całe szczęście tak się nie stało i ten pobyt dał mi też dużego, pozytywnego „kopa” do dalszego blogowania i rozwijania tej platformy.

Zwiedzanie Ostatnim aspektem naszej wycieczki, o którym chcę napisać, było zwiedzanie. Wprawdzie byliśmy tylko trzy noce w Oberahsusen, ale postaraliśmy się je spędzić jak najlepiej. Wieczorne spacery, wizyta w lokalnym pubie, gdzie po naszym wejściu średnia wieku drastycznie spadła (serio – większość osób w środku na nasze oko, była już dawno po 50), przechadzka po centrum Essen z „zabójczo” wyglądającym hotelem Arosa (kojarzycie grę Mord im Arosa?). Pewnie większość osób, będzie się pukać w czoło kiedy będziemy mówić, że na wspólny wyjazd, zamiast wybrać się np. do romantycznego Paryża, pojechaliśmy do industrialnego zagłębia Ruhry, na targi gier planszowych. Patrzymy teraz wstecz na nasz wyjazd i zgodnie stwierdzamy, że było świetnie, przemiło i długo będziemy pamiętać te pare dni (jeżeli macie ochotę, to zajrzyjcie na bloga Agnieszki, gdzie możecie obejrzeć jej fotorelację z targów, skąd zresztą pochodzi tytułowe zdjęcie tego wpisu).

To co chcę Wam powiedzieć, a może nie do końca mi się udaje, to to, że gry nie są najważniejsze. To ludzie, gracze i wydawcy powodują, że nasze hobby jest tak przyciągające. W Rozmowach zastanawialiśmy się z Kubą i Tycjanem, czy jest sens jechać do Essen, skoro większość najważniejszych gier jest dostępna prawie natychmiast (a czasami nawet i wcześniej). Powiedziałem wówczas, że klimatu targów nic nie jest w stanie zastąpić i teraz mogę to tylko potwierdzić. Już planujemy i myślimy o tym, że za parę lat, gdy dzieci będą na tyle duże żeby przetrwać bez marudzenia 10 godzinną podróż, pojedziemy tam w czwórkę. I wiem już teraz, że będziemy się bawić doskonale.

(*) Tak na marginesie to Michiel powiedział, że dodatek był w zasadzie gotowy, ale ponieważ w różnych wydaniach karty mają różne rewersy (angielskie wydanie różni się lekko od naszego), nie mógł zrobić po prostu dodatku z nowymi kartami (tzw: „więcej tego samego”) – pewnie z tego powodu, że różne wersje językowe będą drukowane razem?. Niestety musiał „wyrzucić” to co zrobił do tej pory i wymyśleć coś zupełnie nowego, a jednocześnie coś co nie będzie zajmować dodatkowego miejsca na stole – podobno testerzy się skarżyli też na to. Inna plotka to to, że będą dwa dodatki (to już wiadomo od jakiegoś czasu) – jeden zaprojektowany przez Michiela, a drugi zaprojektowany przez Ignacego. Ale Trzewik nie bardzo miał do tej pory czas na projektowanie dodatku do Dziedzictwa – tak więc niestety musimy czekać.

PS: A jutro będzie coś więcej o samych grach.

  • Zwiedzanie industrialnego zagłębia Ruhry to wcale nie jest taki głupi pomysł 🙂 Byłam teraz dopiero drugi raz w Essen, ale od razu po raz drugi pojechałam do Zollverein i spędziłam tam cały piękny dzień. Zollverein to cały zespół byłych fabryk i kopalni w Essen, jest wpisany nawet na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Fantastycznie ten teren zagospodarowali, zachowując te budynki przemysłowe, jakieś szyby, wieże – teraz tam są galerie, muzea, ogródki piwne i studia artystów, wszystko w zieleni, dużo ścieżek rowerowych, ale przede wszystkim rewelacyjne Muzeum Ruhry – wjeżdża się wielkimi pomarańczowymi ruchomymi schodami i po tych galeriach fabrycznych można normalnie chodzić, na kilku poziomach. Uwielbiam to miejsce.

    • Tak wiem, że jest tam co zwiedzać i na pewno zrobimy sobie kiedyś rodzinną wycieczkę po okolicy. Nasza 5 letnia córka ostatnio w Muzeum Techniki najbardziej zainteresowana była częścią o kopalniach 🙂