Essen 2014 cz. 1

Pierwszy dzień targów za mną. Mnóstwo gier, jeszcze więcej ludzi, ale nawet udało się w coś zagrać albo o jakiejś grze przynajmniej posłuchać.

 

Pandemic: the Cure - moja Ci ona ta gra

Pandemic: the Cure – moja Ci ona ta gra

Na pierwszy ogień poszedł Pandemic: The Cure gra na którą byłem w zasadzie zdecydowany od początku. Mimo to gdy nadarzyła się okazja do spróbowania przed zakupem nie wahałem się ani chwili. Do mnie i Agnieszki dołączyła jeszcze dwójka śmiałków i razem spróbowaliśmy uratować świat przed wirusami. Fabuła jest taka sama, tyle że opowiedziana za pomocą kostek K6 – każdy z graczy pełni jakąś rolę i próbuje leczyć choroby. Dookoła rozłożone jest 6 małych planszy oznaczonych od 1 do 6. W czasie tury każdego gracza, wyciągniemy z woreczka kostki (tyle  ile wskazuje nam aktualny „Infection Rate” oznaczany w efektowny sposób na kółku za pomocą wtykanego pina), a następnie nimi turlamy. Ile wypadnie na kości, na takim miejscu ją położymy. Kości są w 4 kolorach – odpowiadającymi wirusom znanym z planszowej wersji Pandemica. Gracze mają własne kostki, a dokładnie rola, którą pełnimy ma własne kostki. Każda ma inny rozkład na ściankach np. medyk będzie miał więcej symboli strzykawki służących do leczenia. Następnie za pomocą tych kości wykonujemy akcje: możemy się poruszać, leczyć, wynajdywać szczepionki. Najważniejsze co robimy to usuwanie kostek z planszy i przełożenie ich do centrum medycznego – środek stołu. Z tego centrum kosteczki możemy przenieść z powrotem do woreczka (jeżeli skończą się kostki w woreczku to przegramy), albo pobrać je jako próbkę wirusa. Taka próbka niestety blokuje nam kostkę akcji i dopóki jej nie przekażemy lub nie spróbujemy wynaleźć szczepionki będziemy w swojej turze mieli do dyspozycji mniej akcji. Zebrane próbki możemy na koniec swojej tury „przerzucić” i jeżeli suma oczek wynosi 13 lub więcej – wynajdujemy szczepionkę. Oczywiście im więcej próbek zbierzemy tym większe szanse, że uda nam się wynaleźć szczepionkę. Na każdej kostce jest też symbol biohazardu, który za każdym razem powoduje podniesienie „Infection Rate”, co czasem spowoduje epidemię (odpowiednik wyciągnięcia karty epidemii) – wówczas wszystkie kostki z centrum medycznego plus dodatkowe z woreczka, po przeturlaniu wracają na plansze. Nie muszę chyba pisać jak bardzo to potrafi napsuć graczom krwi.

Grając w wersję kościaną odczuwamy dokładnie te same emocje co w planszowym Pandemiu, a jednocześnie jest inaczej przez wykorzystanie kostek jako głównej osi mechaniki. Podobnie jak w planszowej wersji szło nam początkowo bardzo dobrze, aż łańcuch 4 outbreaków spowodował że przegraliśmy. Bawiliśmy się znakomicie, a z portfela dość szybko wywędrowało 35€ na zakup tej gry.

WP_20141016_032

Drugą pozycję, którą sprawdziliśmy był… PacMan. Planszowa wersja znanego klasyka i legendy wśród gier komputerowych, okazał się prosty roll & move. Jeden z graczy kontroluje duchy, a drugi tę uwielbianą żółtą kuleczkę. Poruszając się po planszy, wystające białe punkciki (kulki) chowają się pod planszę, co jest oczywiście celem „dobrego” gracza – zjedzenie wszystkich kulek. Ten „zły” sterujący duchami musi pozbawić Pacmana 3 żyć. Turlami kostkami, ruszamy się itd. Nie ma tu wielkiej filozofii, podobnie jak w wersji komputerowej. Ciekawie było usiąść i zagrać, ale to nie jest tytuł na więcej niż raz. Szczególnie że cena jest powalająca – 150€ za wersję mini.

Rustan tłumaczy Nations

Zainteresowani kościanym Pandemiciem postanowiliśmy posłuchać zasad do kościanego Nations. Reguły tłumaczył sam projektant gry – Rustan Håkansson i czuć było od niego entuzjazm autora. Naprawdę trudno byłoby się oprzeć po sięgnięcie do portfela gdyby nie to, że przed nami ktoś kupił ostatni egzemplarz. Podobno juto mają być dowiezione nowe egzemplarze, ale chyba jednak spasuję. Mam kościanego Pandemica, na horyzoncie Roll for the Galaxy i chyba w kolekcji mam już wystarczająco dużo kościanek (np. Dice Brewing). Sama gra wygląda interesująco. Każdy gracz zaczyna z pewnymi budynkami na swojej planszy, które dają mu białe kosteczki. Każdej z nich znajdziemy po symbole: miecza, surowca, jedzenia, pieniądza (x2) i …. szczerze powiedziawszy to nie wiem co tam jeszcze jest. Na małej planszy obok mamy wystawione trzy rzędy kafelków reprezentujących budynki, które możemy kupić odpowiednio za 1, 2 lub 3 pieniążki (lub inne symbole wskazane na kafelku). W swojej turze możemy zrobić jedną rzecz – kupić kafelek, zbudować cud, przerzucić kości (jeżeli mamy odpowiedni żeton). Budynki mogą dawać nam punkty zwycięstwa, inne kostki (np. czerwone które mają na ściankach więcej mieczy itp.), lub jednorazowe żetony. Jeżeli budujemy budynek, musimy zastąpić jakiś na naszej planszy gracza, czyli tym samym tracimy jego właściwości (np. białą kostkę). Całe szczęście pozyskane kostki / żetony możemy użyć od razu w tej samej turze. Gra trwa tylko 4 tury – na 3 lub 4 osoby ma zająć nie więcej niż 30 minut. Jeszcze się zastanowię ale tytuł wygląda naprawdę zacnie.

Ostatnią grą o jakiej chciałem dzisiaj napisać to Deus. Tutaj posłuchałem tylko krótkiego wyjaśnienia, ale miałem już ją wcześniej na oku. Ktoś ją nazwał San Juan z planszą, a że od San Juan do mojego ukochanego Race for the Galaxy nie jest daleko, to musiałem ten tytuł sprawdzić. Gra toczy się na dwóch płaszczyznach – po pierwsze, pozyskujemy karty dzięki którym rozmieszczamy nasze budynki na planszy. Na planszy budujemy budynki, które m.in. będą dawać nam punkty zwycięstwa. Same karty podzielone są na kilka kategorii i wystawiając jakąś kartę odpalamy nie tylko właściwość właśnie na niej, ale także na wszystkich innych w tej samej kategorii. Jeżeli karty, które mamy na ręce nam nie pasują, zawsze możemy je złożyć w ofierze dla jednego z 6 bogów, co oczywiście pozwoli nam skorzystać jego łask, a także dociągnąć nowe karty. Dzięki temu szczęście w dociągu nie powinno odgrywać zbyt dużej roli w drodze do zwycięstwa. Opis mechaniki plus przepiękne wykonanie i kolejne eurasy wywędrowały z portfela.

Zakupiliśmy jeszcze dodatek do Concordii: Brytania i Germania oraz kinetyczny piasek dla naszych dzieci – trudno to opisać słowami, trzeba to zobaczyć i przede wszystkim poczuć.

Paru rzeczy jednak mogę dzisiaj żałować:

  • tłok przy Alchemists od CGE był tak duży że nie dałem rady zagrać ani posłuchać tłumaczenia reguł – postaram się to nadrobić jutro
  • miałem w rękach Cavernę za 43€ (nową) której nie kupiłem i jak wróciłem tam po 2h nie było już żadnej z trzech kopii.

Mam nadzieję, że jutro również uda mi się coś napisać (a najpóźniej w sobotę). Obserwujcie nasz profil na facebooku, tam staram się wrzucać trochę zdjęć co jakiś czas.

A na dobry koniec mała galeria zdjęć z dzisiejszego dnia

  • Wojtek Mikro

    Bardzo ciekawa rozmowa panowie. Trochę długa, ale dobrnąłem do połowy – resztę na pewno dokończę w czasie wolnym. Jak na razie mogę wyrazić opinię , że najbardziej zgadzam się z Błażejem, samemu reprezentując postawę Marcina , tzn. że gram chętnie we wszystkie dobre gry , bez specjalnego szufladkowania na Euro i American.
    Co do plusów i minusów to wydaje mi się , że leżą po obu stronach, ale – co kto lubi.
    Z Euro uwielbiam Small World , mam wszystkie dodatki oraz wersję elektroniczną (najlepsza „gra-NA-tron” , jeśli wiecie o czym piszę 😉 ). Natomiast fakt jest faktem – jak już wszystko wykombinujesz matematycznie i znasz na pamięć wszystkie rasy i zdolności , to śmiem twierdzić , ze w połowie gry można określić już kto wygra, bo tak na prawdę sprowadza się to do dodawania i mnożenia na poziomie 4-tej klasy szkoły podstawowej. Oczywiście nie umniejsza to jakości samej gry w moich oczach, ale być może nie jest to jej ogromnym atutem najzwyczajniej.
    Co do gier Ameri- , to uważam że dużym błędem jest jakieś „odwrócenie się ” od tego gatunku i całkowite olanie go ,bo (tak z resztą jak euro-gry) ta dziedzina prężnie się rozwija, a wspomniana wielokrotnie firma FFG (teraz chyba trzeba by napisać Asmodee) jest wzorem do naśladowania dla wszystkich innych producentów gier pod względem zaangażowania w ulepszanie mechaniki , dialog z fanami i generalnie „customer care”.
    Jestem szczęśliwym posiadaczem „Imperial Assault” i z wielkim uśmiechem słuchałem Błażeja , gdy powiedział „Descent 3.0” , bo mam dokładnie takie samo zdanie i jeśli ktoś kto grał w Descenta pyta mnie o tą grę – dokładnie takim mianem ją określam.
    Ale właśnie – są wersje „3.0” i „TRZY.ZERO!!!!” . I tutaj to ja już nie wiem komu mogła by się ta gra NIE spodobać. Chyba tylko zagorzałym przeciwnikom Star Wars , a na pewno nie fanom gier jakiejkolwiek maści.
    Zasady przejrzyście napisane (ok , dużo tego ,ale żadnego „chaosu”) , dzięki ulepszonym oznaczeniom na kościach zmniejszona jest losowość, liczy się taktyka. Można zginąć ,ale wcale nie jest tak łatwo (to akurat uważam z minus Descenta, bo tam zginać się najzwyczajniej nie da, natomiast granie postacią raz doprowadzoną do nieprzytomności praktycznie mija się z celem). Dodatkowo ulepszona mechanika walki (pole widzenia) oraz ruchu sprawiają , że wszystko jest o wiele bardziej „bliskie rzeczywistości” i daje również ogromne możliwości taktyczno-matematyczne , czyli powiedziałbym wręcz „eurosucharowe”.
    Nie wiem czy warto również wspominać o grach , które są swoistymi „koniami trojańskimi”.
    Na pozór robią wrażenie taktycznych euro-wymiataczy. jednak po kilku partiach okazuje się , że główną grę odgrywa w nich losowość.
    W moim przypadku miało to miejsce z grą Trzewika „Osadnicy: Narodziny Imperium”, gdzie fakt-faktem – jest dość dużo planowania i kombinowania , ale po kilku partiach , gdy już znasz na wylot zasady i karty , które jesteś w stanie dociągnąć – całą sprawę załatwia losowość. Niestety jest to tytuł, po który w ogóle już nie sięgam właśnie z uwagi na to. Uważam, że jest to gra w 100% losowa a całe kombinowanie sprowadza się na dobrą sprawę do posiadania wiedzy ,którą z dociągniętych kart trzeba sobie zostawić, a ta wiedza przychodzi po 3 partiach i nie jest zależna od jakiejś taktyki czy czegokolwiek innego niż to, że się wie czy karta jest „lepsza” czy „gorsza” w świetle gry jako całości ,a nie rozgrywki, rasy itp. Wali się w produkcję i tyle. a reszta jak jest to fajnie.

    Konkludując : uważam , że w gry trzeba najzwyczajniej grać. jak się trochę pogra ,to żeby nie zaśmiecać sobie głowy i nie marnować czasu na to co nas nie interesuje – trzeba oglądać filmy z gameplay’i i recenzje śmiałków (takich jak między innymi Wy Panowie), którzy testują dużo gier i dzielą się przemyśleniami w sposób rzetelny i jak najbardziej obiektywny.

    Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim przede wszystkim podejścia Marcina, czyli otwartej głowy. Nie ważne , czy ktoś coś zaszufladkował jaki Ameri czy jako Euro – myślę, że gra może być fascynująca bez względu na kategorię 🙂

    • Ja akurat mam też podobne zdanie, bo w innym przypadku nie miałbym takich przygód z ameri 😉 Jedyny słuszny podział gier, który każdy sobie powinien wprowadzić, to w te, w które gram (podobają mi się) i te, w które nie gram (nie podobają mi się). Wszystko warto jednak wcześniej poznać i nie nastawiać się z góry, bo skoro w życiu nic nie jest pewne, to dlaczego z grami ma być inaczej.

      • No dobrze, ale na podstawie podziału „gry, które mi się podobają vs. gry, które mi się nie podobają” i mając zagranych i ocenionych 575 różnych tytułów, mogę przyjąć założenie, że ameritrashe w większości lądują w grupie „nie podoba mi się”, ergo mam mniejsze parcie na poznawanie kolejnych, bo dość duża próba mówi, że DLA MNIE nie warto.

        • Wojtek Mikro

          ale idąc tym tokiem rozumowania , skończymy na graniu wyłącznie w Dobble i Carcassonne i Catana, bo to są tak na prawdę najpopularniejsze tytuły 😉 ludzi chyba nie trzeba „straszyć” tym szufladkowaniem na euro i ameri i tyle 🙂 ja zaczynam ludziom od opowiadania tła fabularnego gry (jakie by nie było) i w skrócie opowiadam o mechanice ,ale bardzo ogólnie – hasłowo (dice-throwing, deck-building, worker-placing, vp-collecting i takie tam). Myślę , że niektórym zapala się „czerwona lampka” i mogą się zrazić na dzień-dobry, co było widać np. po wypowiedziach Kuby – w końcu łapałeś się za głowę przy każdym kolejnym tytule z kategorii ameri-
          😉

    • To ja krótko – dziękuję i pozdrawiam 🙂 A przed Imperial Assault ciągle się bronię 😉

      • Wojtek Mikro

        nie trzeba 😉 jeśli ktoś nawet nie lubi klimatu RPG albo Star Wars ,to wersja Skrimmish , czyli swoista „gra-w-grze” to doskonały kombat taktyczny, którego regrywalność zapewniają takie feat’y jak : dowolność składania deku jednostek bojowych oraz kart dowodzenia oraz coraz-nowe mapy dołączane do kolejnych dodatków (w core-siecie są 3 ,na których można rozegrać 6 różnych misji). Nie ma też przymusu grania 1-na-1. Po pierwszych partiach doszliśmy do wniosku , że spokojnie można się podzielić oddziałami w ramach dwóch walczących oddziałów. Nawet przy samym budowaniu deku jednostek bojowych można już np. przyznać po 20 pkt każdemu z 4 graczy i niech każdy sam wybiera kim czy czym chce dowodzić. dodatkowo nie ma się już tego wrażenia jak w Descent, pt.: „co nie zrobię ,to i tak o wszystkim decydują kości”. Polecam gorąco i zachęcam do nie-bronienia się , nie tylko fanów Star Wars , a może przede wszystkim – fanów gier wszelakiej maści 🙂 Dodatkowo jeśli ktoś JEST fanem oryginalnej trylogii Star Wars (tak jak ja) ,to jest to już totalnie coś dla niego – akcja toczy się między 4-tym ,a 5-tym epizodem, zaraz po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci , także dla planszówkowych fanów SW ta gra to po prostu istne „pływanie w basenie pełnym radości” 😉

        • Ech, gdybym ja miał z kim grać w takie gry… Assault już by u mnie był 🙂

          • Ja mam nadzieję, że skoro Eldritch się dobrze sprawdza to i Assault ma szanse 😉

          • Adres do Moni znasz 😀

          • Wojtek Mikro

            jakby któryś z Was był przypadkiem w Lublinie , to proszę dawać znać – zawsze partyjkę można łupnąć 😉 chociaż zainteresowanie jest tak duże , że kolejka się ustawiła na dzień-dobry (nawet casuale) i musiałem niektórym odmówić 😉

  • Galthran

    Świetny odcinek! Nie ukrywam, że przede wszystkim ze względu na temat no i gościa. Błażej wypełniłeś w pełni swojego main questa i godnie broniłeś godności AmeriTrashy 😀 Rola ambasadora AT odegrana książkowo :-D.

    Dzięki i gratulacje!!

    Może Błażej dołączył by do Was na stałe?:-) Stanowiłby świetną kolejną przeciwwagę dla pozostałych Rozmówców, którzy są albo euro-neutralni, albo skrajnie euro ;P Ciekawie się słuchało słownych potyczek Błażeja z Kubą i, co ważniejsze, dało głos kolejnemu, skrajnemu punktowi widzenia, na który eurowcy mogą nie wpaść nawet jeśli będą się starać być jak najbardziej obiektywni. A klimaciarzy w naszym pięknym kraju jest jednak niemało przecież 🙂

  • Dellas

    Dzięki za bardzo udany odcinek. Cześć i chałwa dla Błażeja – godnie bronił honoru Ameri Trashy. Gość podcasta kompetentnie reprezentował gałąź gier, które w poprzednich podcastach mało były prezentowane. Taki głos świetnie bilansuje „wpływy” Eurogier „Rozmowach”, które były wręcz przytłoczone grami Euro (przypomina mi to podcast Planszostacji, w którym w jednym z odcinków była tematyka AT – dało to bardzo dużo świeżości i nowego spojrzenia). Też przychylam się do głosu, żeby Błażej dołączył na stałe do podcastu.

    Kilka moich uwag odnośnie dyskusji w podcaście.

    Też nie cierpię Talizmana 🙂

    BSG – to jest dość trudny i nietypowy przykład do wprowadzania w AT i oceny tego typu gier – bo to bardzo specyficzna gra. Raz, że nie wszyscy grający znają serial – a to już często oznacza -50% do odczuwania klimatu i czerpania przyjemności z gry. Dwa to gra kooperacyjna, którą nie wszyscy są fanami. Znam przypadki, że gra zaskoczyła dopiero po 3-4 rozgrywce. Tutaj Błażej podał bardziej reprezentatywny przykład jakim są, np. dungeon crawler’y.

    Mało gram w gry Euro z różnych powodów – między innymi dlatego, że uwielbiam klimatyczne gry (gdzie drugie tyle dzieje się przy stole niż na nim) – jednak staram się unikać krytykowania gier euro w ogóle, bo znam je za mało (nawet jak zagrałem raz czy dwa razy to trudno mi czasem wyciągnąć z tego wnioski). Taka ocena byłaby po prostu obrazem wielkiej ignorancji. Zatem zamiast walić na odlew po całym gatunku, wolę dzielić gry na dobre i złe, niezależnie od ich kategorii zwłaszcza, iż miałem przypadki, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłem grając w grę euro. To samo proponowałbym czasem KubieP.

    To że Cyklady mają mechanizm licytacji nie oznacza ze jest to typowa gra Euro – a tym bardziej, że jest tam wiele zasad. To często jest idealna gra, aby wprowadzić nowych ludzi w gry planszówkowe. Poza tym jest wiele gier AT które maja mechanizmy „zarezerwowane” dla gier euro – tutaj przykładem jest TI3 – ikona gier typu AT, w której sam twórca w instrukcji dedykuje hołd grom Euro (zresztą o tym wspominał Błażej i jakie były reakcje fanów 2 edycji).

    @Tycjan
    Dungeon Quest jako gra „Coś tam robimy i bach ginę” jest bardzo podobny pod tym względem do Robinsona, którego lubisz (takie przynajmniej odniosłem wrażenie) – też kupa klimatu, a zginąć można w jednej chwili niezależnie co zrobisz. Myślę, że to chyba jednak kwestia gustu w jak klimatyczny sposób się ginie na planszy.

    Nieco drażni mnie jak AT sprowadza się do gier infantylnych – „nie mamy dzisiaj ochoty na myślenie/możdżenie to weźmy na stół jakąś lekką gierkę, w której będziemy tylko losować kostką i gra sama się będzie toczyć” – owszem są gry proste, wręcz prostackie, które można zaliczyć do AT (np. Claustrophobia, którą uwielbiam), ale wiele z nich jest także ciężkimi grami, co blazują mózg (Twilight Struggle, Twilight Imperium, War of The Ring, Runewars, Starcraft the Board Game, GoT, itd…). Zatem taka ocena jest bardzo niesprawiedliwa i utrwala krzywdzące stereotypy o AT.

    Fajnie, że zwróciliście uwagę na gry tzw. hybrydowe – czyli uważane za połączenie gier Euro i AT- np. Cyklady, Chaos w Starym Świecie, Eclispe, Mage Knight, Robinson, Shogun, … Takie połączenie stanowią pomosty i idealną synergię tego typu gier.

    Na koniec jeszcze raz wielkie dzięki za podcast 🙂

    • Jak słyszałeś nie potraktowałem swoich spotkań Dungeon Quest, Arkham Horror, czy Descentem jako traumatyczną przygodę i się z tego śmieję. Może taki mój lis żeby ginąć i się odradzać 🙂 Mam wrażenie, że w AT bardzo liczy się towarzystwo z jakim gramy i to o wiele bardziej niż przy grach euro. Inna sprawa, że ja w ogóle nie wyobrażam sobie milczącego grania i mam to z każdym typem gier.

      • No dla mnie jednak takie rzeczy jak Ghost Stories czy Dragon’s Ordeal to była trauma. Źle wspominam też Robinsona, Mage Knighta (Talizman w sukience euro to wciąż Talizman!) czy inne długie AT. Ale, ale. Pathfinder był spoko, bo trwał 40 minut. Tak samo Claustrophobia – 45 minut i po bólu. Jak AT nie jest dłuższe niż długi filler, to może być.

  • Błażej Kubacki

    To ja również podziękuję za miłe słowa i cieszę się, że obrona AT mi się udała 😉

    Od siebie dodam jeszcze, że tak naprawdę jestem graczem wszystkożernym, a w mojej kolekcji siedzi mnóstwo gier, które albo gatunki łączą, albo też są zdecydowanie eurogrami – i które nigdy tej kolekcji nie opuszczą. Być może nieco wbrew mojej roli w odcinku, zdecydowanie uważam, że warto grać po prostu, bez kombinowania z dzieleniem planszówek na grupy. Dlatego zawsze chętnie postrzelam (lub pociacham mieczem), ale i z równą przyjemnością pobawię się w budowniczego/handlarza.

    Tycjan, Yosz, Kuba – dzięki za wspólną rozmowę. W takim towazystwie zawsze chętnie zagram lub podyskutuję – zarówno przed kamerą, jak i bez 🙂

  • Jan Zalewski

    Bardzo fajny odcinek, osobiście uważam, że przyszłością są gry hybrydowe. Eurosy zazwyczaj to gry z rozbudowaną mechaniką, a ameritrashe klimatem. Rynek się rozwija i nie ma powodu, dla którego dobra gra nie może mieć obu tych rzeczy.

    Ale najważniejsze: Panowie, musicie poprawić jakość dźwięku. Nie wiem z czego to wynika, czy u kogoś z Was jest pogłos, czy słaba jakość mikrofonu, ale miejscami przez te szumy po prostu nic nie słychać.

    • W tym odcinku trochę było źle słuchać Błażeja, ale to wina połączenia. Zresztą ogólnie przy tego rodzaju nagraniach, jakość połączenia decyduje prawie o wszystkim. Postaram się z mojej strony popracować nad pogłosem.

  • tomb

    Uff, przesłuchałem cały odcinek i muszę powiedzieć, że 1,5h minęło błyskawicznie. Dzięki.

    Temat tej rozmowy jest tak ekscytujący, bo bez sensu. To trochę jak z piłką nożną – przez to, że faul bywa kwestią interpretacji sędziego, a jeden gol czasami zmienia wszystko, to potem o meczu z jedną kontrowersyjną decyzją można dyskutować całymi dekadami. Tutaj podobnie – samo ustalenie definicji obu gier jest zarazem kluczowe i niemożliwe, więc rozmowy można toczyć bez końca. Równie bezcelowe, jak przyjemne.

    Moim zdaniem euro- i ameri- są rozmieszczone w układzie współrzędnych i nie ma między nimi twardych granic. Mało tego – każda gra zakreśla pewne pole, nie jest wyłącznie punktem. Różna zawartość poszczególnych elementów „wewnątrz” danego tytułu, zestawiona z oczekiwaniami/preferencjami gracza, powoduje, że ta sama gra może być określona jako e. lub a.

    Każdy może sobie stawiać sztywne granice gatunkowe. Może to być wskazane choćby przy zakupach, pomaga też w ogarnianiu dóbr kulturowych, solidnie zawężając sferę zainteresowań. Ja jednak traktowałbym to jako sztuczne ograniczenie. Dlaczego miałbym zrezygnować z próbowania określonej gry tylko ze względu na odgórne wytyczne? Przecież jest wiele innych powodów, dla których mogę dany tytuł odpuścić, a które będą aktualne w momencie podejmowania decyzji. Nie są mi potrzebne żadne arbitralne parametry.

    Co do samej dyskusji – dobrze dla rozmowy, że Błażej wszedł w rolę obrońcy a., choć niektóre przykłady, których użył, były tendencyjne. Przecież o historii w Agricoli i Talizmanie można opowiedzieć w odwrotny sposób, odpowiednio kładąc akcenty (ja sam w Agri. widzę ślad opowieści, zaś Talizman to żmudne i chaotyczne zbieranie kart, dających bonusy do rzutu kostką). Podobnie „radość z rzutu kostką” kontra „radość z wykarmienia” – różne rzeczy już widziałem, choćby w wykonaniu mojej żony: entuzjazm po tym, jak udało jej się wykonać umyśloną sekwencję ruchów w Agri, ale i mars na czole po rzucie kośćmi w Potworach w Tokio, gdy szacuje, czy lepiej zbierać „żelki”, czy może spróbować przerzutu na punkty.

    Ostatnia kwestia tego przydługiego komentarza. Klimat i temat – dla mnie to dwie różne sprawy. Lewis & Clark ma świetnie pomyślane akcje, które bardzo dobrze pasują do tematu, ale klimatu przedzierania się przez amerykański interior tam nie ma. Potrafię sobie wszystkie zagrania przełożyć na fabułę, ale tylko tyle.

    Klimat to bardzo indywidualna sprawa i rację mają ci, którzy twierdzą, że samemu trzeba o niego zadbać.
    Moja piękna uwielbia suchary i nawet z rzeczonych Potworów suchara robi. Kobyła, jaką jest Horror w Arkham, staje się dla nas klimatyczny, gdy napór ktulaków rośnie, a my, przez samą długość rozgrywki, wchodzimy w świat niemal fizycznie, angażując się na całe godziny w rozgrywkę, która na nas oddziałuje, bo nie znamy jeszcze gry na wylot i każde wydarzenie potrafi być zaskoczeniem.
    Znajomość gry też zmienia punkt widzenia. Początkowo grając we Władcę Pieścieni LCG, gdy nie znałem na pamięć kart, każda z nich była jedynie parametrami, dziś do boju wysyłam konkretną postać, bo już nie muszę czytać liczb. Płynność rozgrywki obudziła klimat. W Dziedzictwie ta sama płynność klimat zabiła – pierwotne zabawy w aranżowanie małżeństw, zamieniły się w wyzyskiwanie bonusów i kombowanie akcji.

    Na koniec – postawa Kuby w programie bardzo pożądana. Choć nie podzielam jego poglądu w dyskutowanej kwestii, to wskazane dla dynamiki dyskusji jest polaryzowanie poglądów. Powodzenia w przyszłych sporach.