Labirynty x2, Miasta x3 – lots of fun, same przegrane (Ekspres)

Krótkich relacji z gier ciąg dalszy. Tym razem żadnych nowości. Ostatnio każde piątkowe granie wygląda podobnie: „To w co gramy”, [Tu długa cisza, jak się przyglądamy grom na półkach], „To co – Race?”

Nasza córka jest przyzwyczajona do tego, że w piątek przychodzi wujek Paweł, kupujemy chipsy i będziemy grać w planszówki (scena ostatnio w sklepie: „Dzisiaj przychodzi wujek grać w gry?”, „Tak. Skąd wiesz?”, „Bo kupiliśmy chipsy”). Zazwyczaj Klara przygląda się trochę jak gramy, ale od czasu do czasu siadamy wszyscy razem do jakiejś gry. Tak było tym razem i padło na Magiczny Labirynt. Fascynuje mnie jak wiele można wycisnąć z gier pamięciowych, jeżeli odpowiednio się to opakuje. Trochę losowości w wyciąganiu żetoników, dużo śmiechu i mega gadżeciarski labirynt i magnesy. Wygrała Aga, po tym jak już miałem powiedzieć „zagrajmy do trzech żetonów” – moja kochana córcia ułożyła za trudny labirynt 😉

Pozostaliśmy w klimatach labiryntu i wyciągnęliśmy Race for the Galaxy: Alien Artifacts (nie, nie katuję dzieci tak trudnymi grami – Klara poszła już spać). Z dumą mogę powiedzieć, że w naszym domu jestem niepokonany w tę grę. Nie tym razem. Nie wiem co się stało. Nie szła karta, za bardzo uparłem się na strategię Produce – Consume, zamiast spróbować przenieść się na settle’owanie światów militarnych w połowie gry jak miałem okazję. Orb tym razem bardzo mało się rozwinął, bo bardzo szybko wszyscy się przestawiliśmy na inne akcje niż Explore. Znowu zwycięstwo zgarnęła Aga. Całe szczęście odegrałem się tydzień później, idąc czystą strategią kopalnianą (brązową) i od połowy gry w zasadzie na zmianę produkując i konsumując. W tej partii Orb zajął nam prawie połowę stołu, bo Aga co rusz rzucała Explore Orb – bardzo ciekawa rozgrywka. Możecie mówić co chciecie, ale Alien Artifacts jest w tym momencie moim ulubionym dodatkiem (nie mogę się doczekać Xeno Invasion). W miarę niewielka talia, ciekawe zależności między kartami, nowe 6-dev bardziej skupiające się na mocach niż punktowaniu, a Orb jest ciekawym dodatkiem… nawet jak czasami czuję się jak Irek w tym filmiku, gdy Aga zastanawia się gdzie dołożyć kolejną kartę.

Metropolię już opisywałem. Opisywało też Gradanie i podzielili się swoimi obawami, że kuter od tuńczyków (umożliwiający zdobycie tyle pieniędzy ile wyjdzie przy rzucie dwoma K6) jest przegięty. Ja tak nie uważam i na przekór nie kupuję Łowcy Tuńczyków (prędzej Łowcę Makreli). Tak było i w tej partii. Zainwestowałem za to w Magazyn Żywności, który daje 2 monety za każdą restaurację jeżeli jest moja tura. Restauracji miałem 5 (co samo w sobie dawało mi trochę pieniędzy), a przeciwnicy dali mi kupić aż 4 takie magazyny – 40 kasy jeżeli tylko rzucę 10 lub więcej. Udało mi się rzucić tylko raz, co nie jest takie złe bo dzięki temu kupiłem Lotnisko i miałem zagwarantowane 10 monet co turę. Niestety i Aga i Paweł zakupili Urząd Skarbowy i grabili mnie z ciężko zarobionych pieniędzy. Oczywiście przegrałem – Paweł zwinął mi zwycięstwo sprzed nosa. To zdecydowanie nie zapowiadało się na mój wieczór. Tym razem szalę zwycięstwa przechylił Urząd Skarbowy, a nie Łowca Tuńczyków.

Pozostaliśmy w klimatach miejskich i na stole wylądowało Ankh Morpork. Zostałem jednym z lordów (wygrywa przez kontrolowanie kilku dzielnic). Chyba była późna godzina, bo miałem trudności w rozczytaniu tego kim mogą być moi przeciwnicy. Aga jęczała, że się na nią uwzięliśmy, Paweł kombinował i raz udawał że jest Vetinarim, raz że Chryzoprasem, a czasem że jest Lordem. Byłem przekonany że Aga też jest Lordem, dopóki w jednej turze nie wsadziła na planszę 4 znaczników niepokojów. Dwóch udało mi się pozbyć. Niestety Paweł nie miał możliwości usunięcia ani jednego…. Tadam… Aga była Smokiem Herbowym Królewskim. Trzeba mi było uważniej słuchać rozmów przy planszy:  P: „ooo któs tu jest smokiem”, A: „jakim smokiem?”, P: „wawelskim wiesz?”. Po partii Aga pochwaliła się, że od początku miała plan „wyjojczyć” sobie zwycięstwo. Plan zrealizowany w 100%.

Wprawdzie nie tego samego dnia, ale w podobnych klimatach, zagraliśmy w Blue Moon City. Jedna z naszych pierwszych gier i moja ulubiona gra Reinera Knizi. Sprytne kombinacje między kartami, konieczność lekkiej kooperacji, element wyścigu i świetna oprawa graficzna. Z przyjemnością wróciliśmy do tego tytułu. Zwalę winę na właśnie pojawiającą się u mnie gorączkę, zwiastującą pojawienie się zapalenia gardła, że poszło mi tak słabo. Wszędzie ktoś mnie musiał wyprzedzić. Jak gdzieś zagwarantowałem sobie zwycięstwo, to przeciwnicy nie chcieli się dołączyć żeby ukończyć budynek. Dwa razy musiałem oddać dwie smocze łuski, nie dostając nic w zamian. Szło mi fatalnie. Adze natomiast udało się złożyć trzy z czterech ofiar za 7 kryształów. Paweł po chwili dogonił ją i walczyli o to, kto złoży piątą ofiarę… a ja jak ostatnia ofiara losu, zdążyłem w tym czasie tylko dwa razy odwiedzić obelisk w centrum planszy. Z drżącymi rękoma (z zimna od rosnącej temperatury – przecież nie jestem Filipem – to tylko gra) poszedłem spać.

Zobaczymy czy coś nowego pojawi się na horyzoncie, żebym w kolejnym wpisie nie opisywał znowu tych samych gier 😉 Może polecicie mi jakieś ciekawe, nowe gry do zapoznania się?

  • Krzysztof Stoigniew Sieja

    „Dwa razy musiałem oddać dwie smocze łuski, nie dostając nic w zamian.”
    Nie chce mi się patrzeć do instrukcji, ale jestem prawie pewien, że jeśli w chwili skończenia się łusek w banku masz mniej niż 3 łuski, to nie dostajesz kryształów i nie oddajesz łusek, także prawdopodobnie źle graliście 😉

    • To jest wariant zaproponowany przez Knizie – tylko nie pamiętam czy jest w polskiej instrukcji. Mi się podoba taka ostrzejsza walka 😉

  • Magda Glińska

    Ruskie Koleje grałeś? Bardzo mi się online spodobały. Niby euro jak euro, a ma w sobie coś.